Coś optymistycznego

Home and Moods
Home and Moods
Właśnie skończyłam czytać wywiad z Magdą Gessler z sobotniej Gazety Wyborczej. Gorzko i szczerze do bólu o kulinarno-restauracyjnych obyczajach Polaków. I, niestety, bardzo prawdziwie. Ale ja nie dam się tak łatwo zapędzić na manowce czarnowidztwa. Zgoda, Polska to nie kraj mlekiem i miodem płynący (zwłaszcza w sferze dokonań gastronomicznych, a szkoda bo tyleż u nas pyszności!), ale właściwie które inne miejsce na Ziemi można tym mianem określić? A poza tym, nie bądźmy takimi pesymistami, nie jest znów z nami tak beznadziejnie. Ja po raz kolejny przekonałam się o tym w ostatni weekend, odwiedzając miejsca, które wprowadzają w optymistyczny nastrój i przebywając z ludźmi, którzy rozumieją francuską zasadę joy de vivre.

Zaczęło się już w czwartek, wizytą na dniu otwartym w Home and Moods. Ten nowo otwarty show room wnętrzarski jest kolejnym jasnym punkcikiem rozświetlającym (do niedawna dość mroczną) mapę stołecznej Pragi. Do co raz ciekawszej Ząbkowskiej, fantastycznej Soho Factory, czy luksusowego butiku Gosi Baczyńskiej teraz dołącza śliczny Home and Moods. Przestronny, stylowy, wypełniony pięknymi przedmiotami i dobrą energią właścicielek. Szczególnie polecam polowania na następny taki dzień otwarty. Bo Beata i Magda nie tylko nabijały głowy nowymi pomysłami na rewolucję w mieszkaniach i wnętrzach wszelakich, ale też częstowały jednym z najlepszych win, jakie ostatnio kosztowałam – Joseph Hofstatter WeiBburgunder pinot bianco 2011 oraz słodkimi i słonymi smakołykami. I nie, nie było to działanie na zasadzie: podmroczyć klienta, szybciej wyskoczy z gotówki. Inna rzecz, że w efekcie z Białostockiej wyszłam z nieco lżejszym portfelem, piekielnie ciężką torbą załadowaną katalogami, genialnymi lampionami i kilkoma bibelotami. Ale przede wszystkim – w boskim nastroju. Nie zmącił go nawet widok rozkopanych okolic Dworca Wileńsiego i trudności komunikacyjne. W końcu świeciło słońce i było ciepło – doskonałe warunki do dłuższego spaceru do Centrum.
Piątkowe popołudnie, tradycyjnie, ubarwiłam sobie wizytą w moim ulubionym Green Coffee na Kruczej. To taki dzień w tygodniu, kiedy przeczołgana pięcioma dniami dość stresujących zajęć (cóż, praca w gastronomii nie zawsze jest usłana płatkami róż, ale o tym innym razem), potrzebuję zastrzyku optymizmu. Green Coffee niezawodnie dawkuje mi go od lat. Bo miejsce to nie nowe, ale zawsze godne polecenia. Nie tylko dzięki świetnej kawie i moim zdaniem najlepszym quiche’om w Warszawie (o cieście marchewkowym, jako pracownik cukierni, nie wspomnę…) ale przede wszystkim za sprawą najpogodniejszej obsługi w stolicy. W tej kawiarni widać, że tym ludziom zwyczajnie się chce, że lubią swoją pracę i swoim pozytywnym nastawieniem chcą zarażać innych. Lubię ich też za to, że to sieć stricte polska, oryginalna i nie wzorująca się ślepo lokalami z Zachodu. I mimo co raz szybszej ekspansji –nie przerodzili się w przemiałową masówkę. Winszuję!
Sobota to też same miłe akcenty. Pyszna poranna kawa w Karmie przy urokliwym, acz ostatnio nieco rozkopanym, Placu Zbawiciela. Pisałam już o tym, jak pozytywną metamorfozę przeszła ta okolica na przestrzeni istatniej dekady. Karma, Charlotte, Plan B, Kredka, Funky i debiutujące w moich przedszkolnych latach Corso to miejsca tętniące życiem niemal przez całą dobę.
Potem - Dnio-Mamowy spacer Traktem Królewskim. Z
wieńczony doskonałą cytrynową margheritą w pięknym ogrodzie letnim Ale Glorii na Placu Trzech Krzyży (wreszcie miejsce, gdzie wiedzą, że w tym drinku lód i słomka to niemal grzech śmiertelny!). Spotkanie z Anią Piętką – młodą projektantką opasek i organizatorką Ściegów Ręcznych (cyklicznej imprezy, na której w najbliższą niedzielę zadebiutuje La Vanille), której filuterne ozdoby systematycznie odchudzają ostatnio moje konto bankowe. Wizyta na Street of Design na Krakowskim Przedmieściu – kolejny dowód na to, że Polak potrafi (i nie zawsze musi mieć to wymiar ironiczny).
Niedziela z kolei była tym, co Włosi nazywają dolce farniente – słodkim nieróbstwem. Wszystko pozamykane, można się było wreszcie zresetować. To zresztą następny polski pozytyw – mnogość dni wolnych w kalendarzu. Może szkoda, że nie ma ich więcej w sezonie wiosenno – letnim, ale i tak nie jest źle. W tym roku na Zielone Świątki zabrakło wprawdzie tataraków na ulicach, ale byli kolorowo ubrani, roześmiani ludzie, piękne słońce zza chmurek i zapach lata w powietrzu… A na deser pierwsze w tym roku prawdziwie pyszne polskie truskawki ze śmietaną… Mniam.
Zdaję sobie sprawę, że to, o czym napisałam to tylko drobiazgi, detale które cieszą mnie, a kogoś innego pozostawią kompletnie obojętnym. Bo życie daje w kość. Bo takie bzdury nie wystarczą, by osłodzić trud codziennych zmagań z rzeczywistością. Cóż, kwestia nastawienia. Mnie wystarczają.
Trwa ładowanie komentarzy...