Opowieści z Podhala, czyli o chirurgii, halnym i zawianych misiach

Do Zakopanego udało mi się wrócić w tłusty czwartek, czyli troszkę ponad tydzień temu (wiedziałam co robię, to tu są moje ulubione pączki ;)). Na przestrzeni tych kilku dni zaliczyłam już śnieżycę, halny, huraganowy wiatr fenowy, pożar pod oknami, kolejną śnieżycę i drobny zabieg chirurgiczny. Nie, nie nudzimy się tu :)

Zaczną od chirurgii, bo to najbardziej "z ostatniej chwili". Miło jest nie być wreszcie córką TEJ Pani Doktor z TEGO szpitala. Tzn. moja mama jest tu pewną ciekawostką, ale raczej w charakterze gruszki na wierzbie ( co baba z nizin robi w zakopiańskim szpitalu powiatowym?!), niż postrachu całego personelu. Nie to, żeby była aż taka groźna (chociaż do anielicy też trochę jej brakuje), ale trochę jednak ją tam znali… W efekcie, jak już coś się ze mną działo (co nie było co tydzień, bo skrajna hipochondria jest mi raczej daleka…) to bali się do mnie dotknąć, bo nikt nie chciał uszkodzić córki TEJ Pani Doktor. Przekonałam się o tym boleśnie (dosłownie i w przenośni) jakieś 4 miesiące temu, kiedy drobną zmianę pocięto mi jak wycinankę łowicką, po czym… zostawiono ją, bo w sumie diabli wiedzą co z tym robić. Nic to, że tłumaczyłam, że mogę jeszcze chwilę pocierpieć, że to się powiększa i że bez przesady, mogę mieć bliznę, czy drobną deformację, nie jestem przecież psem wystawowym i z niczego mnie to nie zdyskwalifikuje. Nie ruszamy, obserwujemy. Od tych obserwacji zmiana tylko się powiększyła a do kompletu pojawiła się druga... Teraz nie chciałabym chwalić dnia przed zachodem słońca, zresztą i beze mnie Pan Chirurg, któremu nie straszna moja mama ma już całkiem liczny fan klub w stolicy, ale przynajmniej pierwszy krok oddalający mnie od losu Van Gogha został poczyniony.

Ja natomiast założę chyba fanklub turysty z Krupówek. Albo ogólnie - bywalca Krupówek. Absolutnym hitem są dla mnie Biały Miś, Zajączek, Owieczka i jeszcze jakiś czwarty jegomość, którzy żeby efektywniej namawiać spacerowiczów do uwiecznienia na fotografii wyprawy pod Giewont - postanowili dodać sobie animuszu. A dokładniej nawdychali się jakiegoś magicznego specyfiku i całą bandą trafili na SOR. Chciałabym zobaczyć selfie z tamtego wieczora. Inna rzecz, że trzeba być ślepym, głuchym i pozbawionym węchu, by mieć jakiekolwiek złudzenia co do stanu trzeźwości misiaków z Krupówek. Cóż, jakoś się trzeba zaimpregnować przed całym dniem pozowania do wyszukanych fotografii… A skoro już o impregnowaniu mowa - to ja na ich miejscu zainwestowałabym raczej w jakiś przyzwoity proszek do prania, tudzież wybielacz (nie, nie do picia na Boga!!) - Biały Miś i Owieczka są już kompletnie przerobieni na szaro...

Mam nadzieję, że wyżej wymieniony zwierzyniec na wtorkowe popołudnie i wieczór zaszyli się w jakiś bezpiecznych norkach. Huraganowy halny dla mnie - jakby nie patrzeć przybysza z nizin - był nie lada przeżyciem . U nas pod domem wiał z prędkością 105 km, troszkę wyżej - 130. Z psem wyskakiwałam na minutowe spacery, bo przy dłuższych Chianti zmieniała się w balonik i szybowała na smyczce w kierunku szczytu Gubałówki. Oczywiście, nie zabrakło rządnych wrażeń turystów, którzy wybrali się w taką pogodę na spacerek do Morskiego Oka i w inne urokliwe zakątki. No cóż, bez komentarza. Mnie idealnie siedziałoby się pod kołderką w naszym ciepłym mieszkanku, z kubkiem kakao w jednej dłoni i książką w drugiej, gdyby nie dwa drobiazgi: świst, jakby za chwilę miało dach zedrzeć (ale do tego można się przyzwyczaić) oraz pożar na stokach Tatarów, jakieś 200 metrów od naszych okien (sądząc po zachowaniu innych obserwatorów - do tego też można się przyzwyczaić i cierpliwie czekać na strażaków). Na szczęście w przeciągu godziny ugaszony przez 10 brygad strażackich. Po takiej nocy z „fajerwerkami” śnieżyca, która przyszła następnego popołudnia i sparaliżowała pół Podhala była jak kaszka z mleczkiem. A przede wszystkim - cicha. Uwielbiam ciszę padającego śniegu!

Trwa ładowanie komentarzy...