Soprano pod Giewontem, czyli jak zostałam narzeczoną mafii

Sama nie wiem o czym tym razem napisać. O REM - spektaklu, który Was zaskoczy formą, treścią i obsadą i do którego przygotowania weszły na ostatnią prostą? O najlepszej książce, jaką w tym roku czytałam (a jak dotąd przeczytałam ich - troszkę pechowo - 13)? A może o tym, jak zostałam członkiem rodziny Soprano? Ponieważ nie chcę zapeszyć, opowiadając o przedsięwzięciu, które na deskach Teatru Wielkiego - Opery Narodowej rozegra się dopiero 23 marca i boję się, że pisząc zbyt obszerną i pozytywną recenzję zostanę znów posądzona o czerpanie z tego korzyści innych niż wyprawa kilka tysięcy metrów powyżej poziomu morza bez wstawania z fotela (w końcu wiadomo - jeśli ktoś coś w tym kraju chwali, to musi mieć w tym interes!) - stawiam na historię z mafią w tle.

Już widzę ogniki w oczach tych kilku osób w Zakopanem - „Wiedziałam/em!!! Jednak córka mafioza. Albo żona. Albo narzeczona. Przecież to oczywiste - co innego może robić warszawiak na stałe zmieniający adres ze stolicy kraju na stolicę Tatr?? Tylko uciekać przed mafią!”

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam tę teorię od M. - urodzonej pod Tatrami przyjaciółki i mojego przewodnika po zakopiańskich obyczajach w jednej osobie - śmiałam się prawie do łez. Wykładana przez nią logika wydawała mi się raczej… irracjonalna.

„Ale Iza, pomyśl. Kto zamienia Warszawę na Zakopane? Wiesz, jedno to przyjechać tu poślizgać się na nartach albo pospacerować, najlepiej w klapeczkach i biodróweczkach, po górach wyższych i niższych. Ale spakować walizki, załadować auto po dach i zamienić wszystko to, co tam na to, co tu - to nie jest normalne. Każdy góral Ci to powie (dodam, że M. nie jest góralką i bardzo się z tego cieszy - animozja między góralami i zakopiańczykami przerasta nawet antypatię mieszkańców Podhala do warszawiaków ale o tym innym razem)! No więc uważajcie. Bo wiesz - dlaczego Twoja mama zmieniła Instytut Hematologii nie na jakiś inny stołeczny szpital, nie na Kraków, Poznań albo Wrocław, tylko na Zakopane??? Przecież sama mówisz że ją wszędzie chcieli, a ona mimo to przyjechała do wioski. Po co? Dlaczego tu? Wiadomo - uciekała przed mafią! W końcu to nie doktor Judym ani siłaczka! A Ty dlaczego spędzasz tu tyle czasu? Źle Ci z Twoimi aktorami i teatrami w Warszawie? Czy może jednak przed czymś się chowasz…?”

Zastrzegam, że sama M. - na szczęście - nie wierzy w tę pokrętną teorię, a jedynie przygotowuje mnie na różne opcje. Zwłaszcza, że wie, iż u mnie w zeszłym roku trup się gęsto ścielił. Ponoć góralom niewiele trzeba by dodać jeden do jednego i nie tyle zsumować 2 albo nawet 11, ale stworzyć nową teorię kosmosu.

Moment wyczuła optymalnie. Już dwa dni później, gdy siedziałam w „swojej” kawiarence i wysyłałam informację prasową o REM - przysiadła się do mnie właścicielka lokalu. Od słowa do słowa i nagle patrzy na mnie wzrokiem o przenikliwości lotniskowego czujnika metalu. „A co was właściwie przygnało pod Tatry (pytanie padło najśpiewniejszą góralską gwarą, której nie śmiem nawet parafrazować, a co dopiero cytować!)? Bo ty to jesteś chyba córką tej lekarki, co się sprowadziła z Warszawy do Zakopanego?? Do naszego szpitala?? A co ona na prowincji robi?”.

W porę ugryzłam się w język i nie odpowiedziałam, że przecież wszyscy to wiemy - chowa się przed mafią. Cierpliwie powtarzałam to, co kilkadziesiąt godzin wcześniej tłumaczyłam M. I to, co jest zgodne z (no wiem, jakże nudną) prawdą. Że moja mama potrzebowała zmiany, a jeszcze jako młoda dziewczyna marzyła o pracy w szpitalu, który nie aspirowałby do Instytutu Alfy i Omegi (słowo "prowincjonalny" nie mogło przecież paść…). Że zaliczyła trudny rok i niewiele się zastanawiając - spakowała walizki. A dokładniej - ja ją w te walizki wpakowałam i nie dając czasu na zbyt długie analizy - wywiozłam do pracy pod Tatry. I nie, nie dlatego że nam kule nad głowami świszczały, albo budziłam się rano w towarzystwie końskiego łba na poduszce, tylko kurczę - czasami trzeba zrobić coś irracjonalnego, ale wiedzionego tak pozytywnymi instynktami, że nie można ich zignorować. „Taaak…?” dopytuje Pani Właścicielka „A co to był za trudny rok? I dlaczego Pani było tak spieszno…” No i tu mi trochę mina zrzedła, bo wiedziałam że już taka szczera być nie mogę. Jak powiem, co się działo u nas, a zwłaszcza u mnie, przez pamiętne 2 miesiące w 2015 roku ( trzy pogrzeby, żadnych wesel, za to mnóstwo wizyt na komendzie i w prokuraturze i jedna mała wojna - psychologiczna, nie na muszkiety! - z zakładem pogrzebowym) - to przecież tylko potwierdzę jej domysły. Jak nic nie powiem - tym bardziej. Opowiedziałam więc piękną bajkę o… no nie ważne o czym. W każdym razie ona niestety w tę bajkę i tak nie uwierzyła i opuściła mnie z uśmiechem kota Cheshire na ustach, kwitując „My tu i tak swoje wiemy. Ale dobrze że przyjechałyście. Brakowało nam takich lekarzy. A Ty rumieńców nabierzesz” (na razie nabieram dodatkowych kilogramów od oscypków i kremówek :( ).

Kto by pomyślał, że zostanę członkiem rodziny Soprano! Inna rzecz, że kompletnie nie rozumiem tej logiki górali. Wygląda to trochę tak, jakby wynikała z ich kompleksu prowincjonalnego - a przecież na co dzień tacy są dumni! Nie potrafią jednak zrozumieć, że można ot tak zmienić swoje życie o 180 stopni i zamienić gwar, zgiełk i setki galerii handlowych na miasteczko u stóp Tatr ( w którym aktualnie buduje się i planuje więcej galerii handlowych niż w Warszawie). Że ludzi przyciąga tu nie strach, tylko majestat gór….

A skoro o majestacie gór mowa - nie mogę się jednak powstrzymać. Przeczytajcie koniecznie nową książkę Beaty Sabały - Zielińskiej „Jak wysoko sięga miłość”. Ja łyknęłam ją w 24 godziny (podróże międzymiastowe i brak WiFi w pendolino sprzyjają czytelnictwu ;)). To rozmowa z Ewą Berbeką , żoną Macieja Berbeki, himalaisty który w 2013 raku zginął na Broad Peak, po historycznym pierwszym zimowym wejściu na ten szczyt. Nie pamiętam kiedy ostatnio czytałam coś tak ludzkiego, tak pięknego i jednocześnie - kompletnie pozbawionego patosu czy taniej łzawości.

Mnie - po obejrzeniu filmu "Everest" i za sprawą obserwacji co dzieje się w tak niskich górach, jak Tatry - mocno ostatnio wciąga spór o humanizm w himalaizmie i o moralność wspinaczy. Sama daleka jestem od ferowania jakichkolwiek sądów - wspinam się po niskich górach, które nie wymagają wchodzenia z partnerem. Nie wiem, jak to jest być związanym z kimś liną, zawierzać mu swoje życie i decydować, czy ta lina faktycznie jest nierozerwalna niezależnie od warunków i okoliczności. Być może któregoś dnia się dowiem, ale to i tak nie będzie miało znaczenia, bo w tzw sytuacjach granicznych (omówionych przez Jaspersa) każdy z nas jest jednostkowy, to, co sami przeżywamy w żaden sposób nie przekłada się na innych. Każdy z nas jest sam ze sobą i ze swoją moralnością. Ale przecież w górach nie jest sam, bo jest drugi koniec liny i druga sytuacja graniczna. Eh.., to jednak temat na odrębny wpis.
Trwa ładowanie komentarzy...