REM - o tym jak sen zmienia się w rzeczywistość

http://darianvolkova.com
http://darianvolkova.com Darian Volkova
Dziś nie będzie o Tatrach ani Zakopanem, chociaż piszę ze schroniskach na Kalatówkach. Nieco ponad tydzień od premiery REM - spektaklu wokół którego kręcił się cały mój żywot przez ostatni miesiąc - spróbuję się wreszcie zmierzyć z tym tematem. Inna rzecz, że do tego wpisu przymierzam się od ładnych paru dni. Ale jak zamknąć w kilku zdaniach największą przygodę życia, która jednocześnie jest największym wyzwaniem zawodowym z jakim musiałam się zmierzyć? Jak podziękować wszystkim zaangażowanym, skoro była ich ponad setka i nie znam wszystkich nazwisk? A przede wszystkim - jak wyrazić w słowach, to co jest niewyrażalne?


Nie będę recenzować REM, bo jak łatwo się domyślić, nie byłaby to recenzja obiektywna (niby każda recenzja to subiektywne wrażenie odbiorcy, ale w moim przypadku dochodzi jeszcze spore zabarwienie emocjonalne). Nie będę go też streszczać, bo to spektakl który odbiera się sercem a nie umysłem i który przemawia do zmysłów a nie do rozumu. Dość powiedzieć, iż projekt jest interdyscyplinarny a składają się na niego balet, teatr, muzyka i video-art. To opowieść o życiu, który się toczy mimo naszej nieobecności, czyli o śnie i śmierci. O przemijaniu, które prędzej czy później każdego z nas dopadnie. I o tym, że nie ma sensu zadawać pewnych pytań bo i tak nikt nam na nie nie odpowie.

REM był wyzwaniem logistycznym, to prawda. Ale o to, czy ze wszystkim zdążymy i czy wszystko się uda byłam absolutnie spokojna. Z Piotrem Hullem - reżyserem, producentem i pomysłodawcą spektaklu - pracuję od ponad roku, mam do niego pełne zaufanie i wiem, że choć bywa nerwowy a w warstwie estetycznej nie istnieje dla niego coś takiego jak „kompromis” (i chwała mu za to!) - to „gracz” zespołowy. Lider, któremu zależy na drużynie grającej do jednej bramki i dzięki temu wygra wszystko, co się da. Tak oczywiście było i tym razem.
Widzowie zobaczyli więc urzekającą choreografię autorstwa Pawła Koncewoja i kostiumy na miarę paryskiego haute couture projektu Marty Fiedler. Marcin Bosak wciągnął wszystkich w sen, z którego nie wiadomo, czy chcemy się wybudzać, a muzyka Marty Radwan i wokal Marty Carillon wprowadziły w niemal hipnotyczny trans. Do tego światła, obraz i… wszechobecna woń jaśminu, kwiatu kojarzonego ze snem, ale też z nieśmiertelnością i czystością. Tak - ten spektakl nie tylko wyglądał ale też pachniał!

Skoro zatem wszystko tak spektakularnie się powiodło, to na czym polegało moje wyzwanie? Na tym, żeby przed tym projektem nie uciec. Skoordynowanie prac w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej, kooperacja z partnerami czy patronami, zarządzanie widownią i kontakty z mediami - skłamię jeśli powiem, że było to łatwe, ale przecież nie niemożliwe. We wszystkim tym miałam już doświadczenia, wprawdzie pojedynczo, ale trzeba przecież podnosić sobie poprzeczkę. Bardziej bałam się czy dam radę… w zupełnie innym sensie. Co gorsza, na krótką (mam nadzieję!) chwilę chyba zastanawiał się nad tym także Piotr…

O pomyśle na REM Piotr opowiedział mi w pewne upalne popołudnie w drugiej połowie sierpnia. Siedzieliśmy w jego ulubionej kawiarni na Placu Trzech Krzyży a ja jak zaklęta słuchałam o przełomowym projekcie, którego jeszcze nikt nigdy w Polsce nie zorganizował. Wprawdzie nie wiele wiedziałam o śnie (od kilku lat cierpię na bezsenność) a jeszcze mniej o śmierci, ale przecież nie ja tu jestem reżyserem. Dzień później poleciałam do Florencji, także w związku z Piotrowymi sprawami. A dwa dni po powrocie znalazłam mojego Tatę. Zabito go, gdy ja spacerowałam po sercu Toskanii.

Do Taty pojechałam po pewnym dziwnym telefonie, nad którym nawet nie chce mi się rozwodzić. Pod jego drzwiami stanęłam sama jak palec, bo z Mamą rozwiedli się ponad 20 lat temu a nie rozmawiali od 3 a reszta rodziny… na to też szkoda słów. W każdym razie pod tymi drzwiami, w które waliłam przez jakąś godzinę, zrozumiałam, że mimo iż bardzo bym chciała być bohaterką i sama zmierzyć się z tym, co za nimi - nie dam rady. Zadzwoniłam po przyjaciół, którzy przyjechali chyba za 7 minut. To oni pomogli mi się dostać do środka, a potem przetrwać następne tygodnie.

Co to wszystko ma do rzeczy? REM , jak wspomniałam, jest o śnie i o śmierci. Marcin ma tam taki przejmujący monolog o topografii śmierci, o rozkładzie, o…. Przyznaję - nie wiem dokładnie o czym. Tego fragmentu nie jestem w stanie wysłuchać do końca. Za każdym razem widziałam TAMTĄ konkretną topografię śmierci, czułam tamten zapach i słyszałam szelest wynoszonego worka. Przy fragmencie o tym, ile zużywa się drewna na trumny, ile stali i ile substancji balsamujących - widziałam małe oczka właściciela zakładu pogrzebowego, który rozkoszował się tym, że taka naiwna dziewczynka sama załatwia z nim wszystkie formalności a na koniec rzucił na biurko przede mną obrzydliwą kostkę, z komentarzem „Tatuś przyjechał” (o tym jak działa u nas wymiar sprawiedliwości, prokuratura, sądówka i pogrzebówka napiszę chyba kiedyś książkę…).
To jeszcze nie wszystko… Alter ego Marcina tańczy Paweł a cały spektakl rozpoczyna Marta - przyjaciele, którzy przyjechali do mnie tamtego dnia. Marta na scenie pojawia się w 8. miesiącu ciąży. Ciąży, w której była już wtedy, choć nikt z nas o tym nie wiedział… Był więc taki moment, gdy to wszystko mnie przerosło, kiedy musiałam się trochę wycofać i zaszyć w Zakopanem. Przecież żyjemy w czasach internetu, wszystko da się załatwić na odległość!

Nie wszystko. Niepokój Piotra i jego wątpliwość czy jestem właściwą osobą na właściwym miejscu (której za sprawą wrodzonego taktu nigdy nie wyraził, ale którą wyraźnie odczuwałam) dały mi kopa, którego potrzebowałam pewnie od kilku miesięcy. To była kwestia wyboru- albo dalej będę się bała Warszawy, tego co się tu wydarzyło i tego z czym jeszcze przyjdzie mi się zmierzyć, albo wezmę się w garść, pójdę do przodu i zachowam się jak profesjonalistka. Nie trudno się chyba domyśleć jaką podjęłam decyzję.

Jakkolwiek patetycznie to brzmi - po REM jestem już kimś trochę innym. Jeszcze silniejszym. Bogatszym o relacje, które nawiązały się przy pracy nad spektaklem. Już chyba nie wierzę, że coś jest niemożliwe - wszystko to kwestia determinacji i… ludzi, którymi się otaczamy i z którymi pracujemy. Dlatego WSZYSTKIM związanym z REM dziękuję. I już nie mogę się doczekać kolejnych projektów (mam tylko cichą nadzieję, iż nie będą aż tak profetyczne…).

P.S. A skoro o ludziach mowa - wszystkie zdjęcia wykorzystane do zobrazowania wpisu ( z wyjątkiem tego grupowego na końcu) są autorstwa niesamowitej Darian Volkova - fotografki rosyjskiego baletu. Darian i jej mąż Sasha byli gośćmi specjalnymi REM, do Warszawy przyjechali specjalnie dla nas. Miałam niesamowitą przyjemność spędzić z nimi trzy dni, pokazując „moją” Warszawę i dyskutując o tym jak nam (i w Polsce i w Rosji) się żyje, a jak przedstawiają to media. W wakacje sama wybieram się do nich, do Petersburga. Kolejna pREMia w postaci przyjaźni :)
Trwa ładowanie komentarzy...