O autorze
Niespokojny duch, politolog z wykształcenia, PRowiec z przypadku. Współpracuje z najlepszymi aktorami i dziennikarzami w Polsce, działa także w branży modowej. Przez pewien czas z powodzeniem realizowała się też na polu kulinarnym.

Zielona rewolucja, kwietniowa przeplatanka i ręka na temblaku, czyli moja pierwsza wiosna pod Tatrami.

Wtorkowy poranek pod Giewontem
Wtorkowy poranek pod Giewontem
Do Zakopanego zawitała wiosna. O śniegu wszyscy zapomnieli, kwitną bzy i magnolie a temperatura nie spada nigdy poniżej 10 stopni… Tere-fere! Prawdopodobieństwo realności powyższego scenariusza w połowie kwietnia jest zbliżone do tego o wyrastaniu gruszek na wierzbie. O ile na nizinach powiedzenie „kwiecień-plecień bo przeplata” wydawało mi się zawsze mocno na wyrost, to tu nabiera bardzo wymiernego znaczenia. Moja ceprowska fantazja podpowiadała, by po kilku dniach błogiego ciepełka puchową kurtkę i zimowe traperki zagrzebać na dnie szafy, zastępując je wiosennym płaszczykiem i wiatrem we włosach, ale na szczęście górę wzięły realizm i znajomość (fakt, dotąd jedynie teoretyczna) specyfiki geo-klimatycznej Podhala.



Po służbowym tygodniu w Warszawie - rozbuchanej zielenią kasztanowców i sparaliżowanej kolejnymi protestami pod Sejmem - pod Gubałówkę wróciłam na Świętego Wojciecha. Świeciło słonko, ptaszki śpiewały, forsycje w rozkwicie - istna sielanka. Ale w górach nie ma co się przyzwyczajać do jakiejkolwiek aury, o czym boleśnie przekonałam się już następnego dnia. W niedzielę sypał śnieg z deszczem. W poniedziałek dzieciaki na Równi Krupowej postawiły pięknego bałwana. Długo biedak nie wytrwał - we wtorek rano słupek rtęci na moim termometrze zatrzymał się wprawdzie w okolicach 0, ale już jakieś 5 godzin później podskoczył do 16. Z jednej strony się wściekam - od miesiąca usiłuję pochodzić po jakiś mniej „emeryckich” górach, tymczasem jak dotąd doszłam jedynie do Kalatówek bo wyżej śnieg i lód a ja nie przytarabaniłam ze sobą odpowiedniego sprzętu. A z drugiej strony - wreszcie muszę się nauczyć, że nie zawsze, to co skrupulatnie zaplanuję będzie możliwe do realizacji. Z naturą nie wygram.

Skoro więc siedzę w dolinie i chwilowo marzenia o wyciskaniu siódmych potów na Orlej Perci muszę zawiesić na kołku - trzeba było znaleźć inny sposób by wziąć się za siebie. Moje zimowe menu owszem, było pełne warzyw, owoców i lekkich zupek, dzięki czemu jeszcze nie zmieniłam się w doskonale obłą baryłkę, ale zdecydowanie za dużo w nim było czekolady, kremówek i ulubionych kluseczek. Czuję się trochę jak saganek - lekko zaokrąglony i z małymi uchwytami z boczków. Stąd wiosenne inwestycje: profesjonalny blender, ciężarki i karnet na jogę w Willi pod Skocznią.

Ciężarki i hantle - wiadomo, ale co ma blender do formy? Jeśli czegokolwiek mi w Zakopanem brakuje, to moich ukochanych sokowni a przede wszystkim uzależniającej DETOXIKATE. Postanowiłam więc, że sama podszkolę się w zakresie zielonego detoksu. Oczywiście z pomocą kochanej Kasi Knioły, która wspaniałomyślnie podzieliła się ze mną kilkoma przepisami na koktajle. Nie mogę pochwalić się jeszcze wynikami mojej wiosennej fit-rewolucji, bo pierwsze domowe soczki produkuję dopiero dziś, na jodze byłam trzy razy a ciężarki nabyłam troszkę ponad tydzień temu (po czym na 6 dni wyjechałam do stolicy…), ale staram się być dobrej myśli. I na razie na takim życzeniowym myśleniu muszę poprzestać. Przez najbliższy czas nie zrobię ani psa z głową do dołu, ani przysiadu z hantlami. Lenistwo? Zapracowanie? Nie. Ręka na temblaku.



Ktoś powie - zawsze lepiej ręka niż serce (dla nieświadomych - była taka książka z dziedziny literatury pikującej jaskółki - „Serce na temblaku”). Ja bym dyskutowała. Istnieją teorie kilku moich byłych kolegów, wedle których w ogóle nie mam serca, więc w przypadku kłopotów sercowych obrażenia byłyby znikome i z całą pewnością niewidoczne dla postronnych. Tymczasem ze stłuczonym łokciem, który najpierw przyczynił się do nieprzespanej nocy, rano przestał mieścić się w połowę moich swetrów a na koniec odmówił współpracy przy wszelkim zginaniu - dobrze byłoby pokazać się lekarzowi. Hmmm - dobrze? No nie wiem… Ponieważ górale z natury są twardzi i raczej mało skorzy do wizyt lekarskich obawiam się, że i lekarze z pewnym politowaniem patrzą na pacjentów, których dolegliwość jest mniej poważna niż odpadnięcie kończyny.

Tak się ułożyło, że łokieć załatwiłam w dniu, w którym miałam zameldować się w szpitalu na zdjęcie szwów po wcześniejszym zabiegu. Biedny pan doktor z cierpliwością godną mnicha buddyjskiego przez ostatnie 4 miesiące to mi wplatał nitki w ucho, to je rozpruwał, to zakładał na drugim… Pięknie mu to wyszło, po zmianach które usuwał nie ma śladu a na płatkach zostały tylko małe blizny w kształcie salamandry. Trochę się tylko martwię, że po wczorajszych wyczynach ma mnie już za typową warszawską nosicielkę hipochondrii pospolitej. Opuchlizna i ból z ręki przerzuciły mi się na mózg i kazały poprosić o receptę na jakiś zacny środek przeciwbólowy. Pan doktor był na tyle miłosierny, że specjalnie nie komentował i wypisał co trzeba, ale strach pomyśleć, przez ile przypadków odmienił w głowie słowo „histeryczka”. Co gorsza - dziś dołączyło do niego pewnie kilku następnych. Łokieć przez noc zwiększył średnicę o kilka kolejnych centymetrów i nabrał nowych „rumieńców” (jeśli rumieńce mogą być zielonkawe…). Zostałam więc przekonana przez osoby postronne, że rękę powinien zobaczyć kolejny góralski pan doktor - tym razem ortopeda. A ten skierował mnie do następnego góralskiego pana doktora, który wykonawszy rentgen stwierdził - „Symulantka” i zawiesił rękę na temblaku.
Tak oto utwierdziłam pół zakopiańskiego szpitala w przekonaniu, że warszawiacy to mięczaki a potomkowie lekarskich rodzin - wirtuozi hipochondrii. Przyznam szczerze, że nie bardzo jestem przyzwyczajona do wizerunku ofiary losu, więc czuję się z tym temblakiem jakbym nosiła szkarłatną literę. I obiecuję nie pokazywać się u żadnego lekarza, dopóki kość nie zacznie mi sterczeć z ramienia czy uda. Amen.
Trwa ładowanie komentarzy...