O tym, jak w 3 godziny zostać socjopatą, czyli kilka słów o podróżach po Polsce

I pomyśleć że przed wojną pociąg z Zakopanego do Krakowa jechał 2 godziny 18 minut. Teraz "tylko" dwa razy tyle...
I pomyśleć że przed wojną pociąg z Zakopanego do Krakowa jechał 2 godziny 18 minut. Teraz "tylko" dwa razy tyle...
O tym, by przenieść się do Zakopanego marzyłam od początku studiów i konsekwentnie dążyłam do wcielenia tego marzenia w życie. Fakt, iż od kilku miesięcy spędzam tu większość czasu to zdecydowanie jedyna dobra rzecz, jaka wynikła z całego koszmarnego zeszłego roku (i oczywiście gorąco wierzę, że pociągnie za sobą łańcuszek pozytywnych zdarzeń). Ale żeby nie zrobiło się za słodko i kolorowo - muszę trochę ponarzekać. Spokojnie, nie na górali, śnieg w połowie maja albo halny podczas którego ni z tego ni z owego zaczęłam tracić zmysły. Podhale biorę z całym dobrodziejstwem inwentarza. Tyle, że najpierw na to Podhale trzeba dotrzeć…

Od kilku miesięcy łączę pracę w Warszawie z egzystencją pod Tatrami (a od początku maja także z pracą w Zakopanem, ale o tym innym razem). Chyba już kiedyś wspominałam, że nie jestem zmotoryzowana - mam dziwne przeświadczenie, iż wsiadając za kierownicę wjechałabym prosto na swoją autostradę do nieba. Ale co tam, są przecież pociągi, autobusy. Nawet polubiłam autokarowe wyprawy do Krakowa i przesiadki do pendolino. Jest czas żeby popracować, poczytać książkę, poobserwować ludzi. Wszystko pięknie, dopóki ta podróż trwa tyle, ile ma trwać czyli 4 godziny 25 minut. A nie 9 godzin, jak w miniony poniedziałek.

Zaczęło się profetycznie. Śniło mi się, że pendolino odjeżdża dosłownie w sekundzie, kiedy wpadam na peron (tak na marginesie w tym samym śnie mój ulubiony Pan Doktor odciął mi rękę tępą siekierą, ale do tego szczęśliwie jeszcze nie doszło). Istny koszmar, bo akurat tego dnia w stolicy miałam ściśle poumawiane spotkania, a na pierwszy ogień z jedną z najpopularniejszych dziennikarek w Polsce. Nie ma mowy o spóźnieniach, zerwałam się więc godzinę wcześniej niż normalnie i przeklinając moment w którym wcisnęłam gdzieś zimowe rękawice (w Zakopanem o brzasku było 0 stopni) poszłam na autobus.

No i się zaczęło. Bo autobusu nie było. Jak się dowiedziałam, odjechał minutę wcześniej (czyli 3 minuty przed czasem). Nic to, przeżyjemy. Za chwilę będzie przecież następny. Gucio prawda! Następny nie przyjechał!! Zamiast tego dokładnie po 28 minutach podjechał busik… Dość powiedzieć, że szybciej bym dojechała do Krakowa na hulajnodze. Busik i kierowca stanowili swoje doskonałe uzupełnienia - jeden przyrdzewiały, z silnikiem pracującym głośniej niż piła spalinowa i resorami sprzed pierwszej wojny światowej, drugi w podobnym wieku, absolutnie wyluzowany i z refleksem… no cóż, ani boksera, ani szachisty. Już na wysokości Nowego Targu wiedziałam, że jeśli dojadę do Krakowa na czas to tego dnia muszę zagrać też w totka, bo powodzenie obu przedsięwzięć miało identyczny rachunek prawdopodobieństwa.

Niestety, to nie był dzień kiedy miałam trafić swoją szóstkę. To był ten dzień, kiedy pierwszy raz w życiu jeden do jednego spełnił się mój sen (ta przynajmniej jego pewne elementy, bo jeszcze nie zostałam jednorękim bandytą) - wjeżdżając na dworzec autobusowy widziałam, że mój pociąg wciąż stoi. Dotarcie na peron zajęło mi jakieś 30 sekund (i diabli wiedzą ile ofiar w ludziach…). Dokładnie tyle, ile konduktorowi zamknięcie wszystkich drzwi i odgwizdanie odjazdu. Przez chwilę nawet rozważałam, czy się nie rzucić pod ten pociąg albo nie przykleić do szyby, ale może jednak ten rodzaj podróżowania zostawię Tomowi Cruise’owi i kolejnym Mission Impossible.

Przeklinają w myślach na czym świat stoi i miotając spojrzenia bazyliszka wszystkim tym szczęśliwym ludziom, którzy mieli za chwilę zdążyć na swój pociąg, poczłapałam do kasy. Rozsądne rozwiązanie było jedno - kupić bilet na najbliższy pociąg i zadzwonić do mojej dziennikarki z informacją o sytuacji. Stanęłam więc w kilometrowej kolejce i złapałam za telefon. Szczęśliwie pracujemy ze sobą od 4 lat i to zwykle ona spóźnia się kilkanaście minut, więc obyło się bez dramatycznych scen. Nieszczęśliwie - kolejka przez 20 minut nawet nie drgnęła. Czynne były dwie kasy (na 15), w jednej bilety kupowała wycieczka szkolna, w drugiej - pól Chińskiej Republiki Ludowej (nie muszę dodawać, że to, które nie zna angielskiego, polskiego, niemieckiego ani żadnego innego języka niż chiński). Do odjazdu pociągu ostatniej szansy zostało 7 minut a przede mną jeszcze 9 osób… Szybko streściłam im swoją sytuację, ale widocznie tych 9 osób w kolejce też było z ChRL tyle że bez skośnych oczu, bo spojrzeli na mnie jakbym mówiła w dziwnym narzeczu, po czym każdy wrócił do swoich fascynujących spraw na Facebooku.

Co miałam robić? Do pociągu wsiadłam bez biletu. Tzn. najpierw wyspowiadałam się konduktorowi, który kazał siadać i czekać aż przyjdzie. Jeśli wydaje Wam się, że ruch w TLK na trasie Kraków-Warszawa w tygodniu jest mały i łatwo jest "siadać i czekać" - jesteście w błędzie. Jeśli mnie się wydawało, że nie jestem za stara i za wredna na TLK - to ja byłam w błędzie.

Znalazłam przedział, w którym nie było już nadkompletu, tylko dwóch względnie normalnie wyglądających Panów. Po minucie dosiadł się jeszcze jeden Pan. Po dwóch - kolejny. Po pięciu pociąg odjechał. A po 10 stanął w polu, gdzie „wypoczywał” przez następnych 50 minut. Tak zresztą miało wyglądać najbliższych 5 godzin (choć planowy czas przejazdu to 2 godz 45 min): chwilkę jedziemy, dłuuugo stoimy. Chyba za czwartym razem chciałam już iść do konduktora i zapytać w jakim polu teraz stoimy to może zamówię taksówkę albo złapię traktor do Warszawy - byłoby szybciej!

Co w tym czasie robili moi towarzysze niedoli? Pan po lewej prowadził pięciogodzinną rozmowę telefoniczną, w połowie opartą na łacinie praktykowanej przez Polaków. Pan po prawej chrapał jak konający hipopotam, od czasu do czasu zarzucając mi głowę na ramię. Pan z naprzeciwka nr 1 opowiadał wszystkim o podróży, którą ma odbyć za kilka godzin, przy czym Dubaj (do którego leciał, co niezbicie potwierdzały bilety) wciąż mylił mu się z Sudanem. Pan z naprzeciwka nr 2 natomiast ciągle łypał na mnie okiem, robiąc dziwne miny i przechylając głowę tak, iż poważnie zastanawiałam się, czy za chwilę nie skręci sobie karku. Przyznaję, kusiło mnie żeby mu w tym pomóc. Usiłowałam zamknąć oczy i skoncentrować się na tym, jak w 2,5 godziny odbyć spotkania, które miałam zaplanowane na cały dzień (tego samego dnia wracałam do Zakopanego), ale ile można? Do mistrza ZEN sporo mi jeszcze brakuje - w końcu wybuchnęłam takim śmiechem, że aż łzy zaczęły mi cieknąć po policzkach. Panowie chyba lekko się zdziwili, ale i tak lepsze to niż gdybym zaczęła płakać z bezsilności albo dawać upust wściekłości, która powoli się we mnie zbierała.

Do Warszawy dotarłam na 14.00. 3 godziny później niż planowałam. 3 godz. 15 min. spóźniłam się na spotkanie z moją dziennikarką (po drodze do restauracji przed taxówką wyrosła koparka która właśnie wtedy i właśnie tam musiała zrzucić piasek.). Nie wyobrażacie sobie mojego zdziwienia, gdy okazało się, że czekała. Ba, zaproponowała mi współpracę na nowych, atrakcyjniejszych warunkach przy świetnym projekcie. Nasze spotkanie, planowane na 2 godziny, odbyłyśmy w 20 minut, po czym pobiegłam na następne. W 35 minut zrobiłam to, co przewidywałam na półtorej godziny i o 15.20 już jechałam do kolejnej osoby. Krótka acz efektywna rozmowa i kolejna propozycja współpracy przy świetnym projekcie. O 16.25 byłam po wszystkich spotkaniach. O 16.55 siedziała już w pociągu do Krakowa. Właściwym i nieopóźnionym. O 19.50 planowo przesiadłam się na autokar do Zakopanego a o 22 piłam już herbatę w mieszkanku pod Gubałówką. 4 godziny 25 minut - planowo.
Trwa ładowanie komentarzy...