Zakopane udomowione, czyli o tym jak nie zostałam najeźdźcą z wrogiej planety

Na Harendzie mieszkałam tylko chwilkę. Teraz mam widok na to wzgórze.
Na Harendzie mieszkałam tylko chwilkę. Teraz mam widok na to wzgórze.
Śnieg nie padał od kilkunastu tygodni, Krupówkami przechadzają się tłumy gęstsze, niż parawanowe zasieki nad polskim morzem, a zakopianką wije się wąż samochodów, przy którym amazońska anakonda wypada co najmniej blado. Czyli lato zawitało pod Tatry. Pierwsze lato, kiedy nie przyjechałam tu poszwendać się po górach. Zdecydowałam: zostaję.

Właściwie to ta decyzja zapadła już kilka tygodni temu, ale ponieważ ostatnimi czasy nie byłam w stanie komunikować nic innego poza: „boli mnie łokieć” (jak już kilka razy stwierdził mój ortopeda - „Cierpienie uszlachetnia”; w takim razie ja powoli robię się diamentowa…) - jakoś nie mogłam się zebrać do wpisu. Dziś korzystam z tego, że wstałam w świetnym humorze, Portugalia wygrała z Francją, a ja łyknęłam irracjonalną liczbę przeciwbólowych tabletek i jako-tako mogę funkcjonować. W każdym razie - skończył się etap dziewczyny z pociągu i życia na dwa domy. Spakowałam letnie sukienki, wynajęłam warszawskie mieszkanie i znalazłam swoje miejsce w Zakopanem.



Nie jest oczywiście tak, że raz na zawsze spaliłam za sobą wszystkie mosty. Wciąż pracuję ze stołecznymi pracodawcami, raz na jakiś czas jeżdżę na niziny załatwić sprawy biznesowe i spotkać się ze znajomymi z „poprzedniego życia”, ale to już nie o tamtym miejscu myślę „dom”. Tam nigdy w życiu się nie „poskładam”. A najwyższa pora wziąć się w garść, zostawić cały zeszłoroczny horror za sobą i pójść do przodu.

Z cyklu pytania codzienne:
„Do Zakopanego? Zamieniasz Warszawę na Zakopane??” - koleżanka z pracy.
„Do górali? No nie…. Pewnie któryś Panią zaczarował i za nim Pani jedzie” - taksówkarz w Gdańsku
„I co Ty będziesz tam jeść z tym swoim wegetarianizmem?”
„Nie będziesz się tam nudzić?” - były narzeczony
„A co z premierami, pokazami? Będziesz do nas przyjeżdżać, prawda??” - kolega z pracy
„I co, zaakceptowali Cię tam? Niemożliwe!” - przyjaciel ze Szczecina
„Podziwiam cię. Spakować się, zamknąć drzwi i zmienić wszystko. To musi być niesamowite uczucie” - przyjaciółka z Gdańska

Zbiorczo zatem odpowiadam.
- Tak. Zamieniam. Mam dość tych pustych rozmów o niczym i gonitwy za… No właśnie - za czym?
- Nie, nie zakochałam się. Jestem dość odporna na uroki.
- Marchewkę. A poważnie - znalezienie świetnych knajpek z wegetariańskim albo wegańskim jedzeniem wymaga minimalnego wysiłku (przy tej okazji polecam Restaurację Zakopiańską i BUBUJA oraz kawiarnię STRH; i nie - nikt mi za to nie zapłacił). Nie mówiąc o cudnych kremówkach z Samanty, które niestety widać już po moich biodrach
- Jeśli coś mnie nudzi, to kiepskie towarzystwo. I ostatni film Quentina Tarantino.
- Nigdy nie miałam inklinacji na zwierzę salonowe. Będę przyjeżdżać na nasze spektakle, czasem na balet, ale uwierzcie mi - na Podhalu też jest coś takiego jak życie kulturalne. Tyle, że nie trzeba wtedy grasować w 11. centymetrowych szpilkach.
- Hmm, to dłuższy temat. Czy zaakceptowali? Nie wiem, za wcześnie osądzać. Szczęśliwie chyba nie odrzucili. Wprawdzie mój ulubiony chirurg ciągle mi tą Warszawą docina, ale jak sam przyznał swoją żonę przywiózł spod Warszawy, więc mu wybaczam. Górale nie lubią Warszawiaków, Zakopiańczycy też nie - nie odkrywam Ameryki. M. przygotowała nie na to, że dla jednych i drugich jestem jak przybysz z obcej planety. Wrogiej. Ale przecież nie mam piętna z herbem syrenki na czole, nie widać na pierwszy rzut oka skąd jestem. A jak już przychodzi co do czego i wydaje się - częściej spotykam się z zaskoczeniem, że chciałam zmienić metropolię i pracę w wielkich telewizjach czy wydawnictwach na miasteczko i lokalne przedsięwzięcia. Bo nie napisałam jeszcze o najważniejszym - znalazłam tu pracę. Taką, do której chce się wstać rano i z której nawet nie bardzo mam ochotę wychodzić popołudniu. Mój szef jest chyba najbardziej pozytywną jednostką, jaką spotkałam w ostatniej dekadzie i być może dzięki temu przyciąga projekty, które dają większą satysfakcję, niż praca przy weekendowym Dzień Dobry TVN.
- Niesamowite uczucie jest wtedy, kiedy wstajesz rano, otwierasz okno i patrzysz nie na przeciwległy wieżowiec, ale na Giewont. Przechodzisz do kuchni, zaparzasz herbatę i wyglądasz na stoki Gubałówki, zamiast na sąsiednie centrum handlowe. I kiedy uzmysławiasz sobie, że nie jesteś tu na chwilkę. Jesteś na tyle, na ile chcesz. Dla mnie ta decyzja nie była trudna. Raczej bardzo naturalna.

Podsumowując wszelkie wątpliwości odnośnie tego, jak bardzo jest mi tu źle po zmianie adresu. Marna ze mnie masochistka, więc przykro mi - nie jestem tu nieszczęśliwa. W Zakopanem mam dom z kominkiem (którego jeszcze nie umiem obsługiwać, ale do zimy jeszcze chwilka) i pracę z fascynującymi ludźmi. Mam M. - przyjaciółkę, która od lat wprowadza mnie w arkana góralsko-zakopiańskiej sztuki życia i nowych znajomych z pracy. Mam wspaniałych Roberta i Sylwię, dzięki którym znalazłam zakopiański dach nad głową. Jest Pan w warzywniaku, który odkłada dla mnie najlepsze kalafiory i Pani z oscypkami, która spod lady wyciągnie odłożony bundz i ostatnie rydze. Jest Pan doktor, który mimo iż widuje mnie co 24h i ciągle wysłuchuje jak beznadziejnie się czuję, wciąż z anielską cierpliwością usiłuje doprowadzić moją rękę do używalności (inna rzecz, że spokojnie mogłabym napisać już tekst pt: „Od rzeźnika do pracoholika, czyli przegląd ortopedów zakopiańskich”; ale ponieważ wolałabym z kolejnej wizyty wyjść jednak z obiema rękami, a Panu doktorowi jeszcze dobrze z oczu patrzy - nie będę się teraz może nad tym rozwodzić). Mam kawiarnię, w której już nic nie muszę mówić bo i tak wiadomo, co zjem na śniadanie i Pana sklepikarza, który nie ma serca patrzeć jak dźwigam wszystkie te wody i warzywa w jednym zdrowym ręku, więc przynosi mi zakupy pod drzwi. Możecie mi powiedzieć, że to nic, że przecież każdy tak MA. A ja mogę się z Wami nie zgodzić.
Trwa ładowanie komentarzy...