O autorze
Niespokojny duch, politolog z wykształcenia, PRowiec z przypadku. Współpracuje z najlepszymi aktorami i dziennikarzami w Polsce, działa także w branży modowej. Przez pewien czas z powodzeniem realizowała się też na polu kulinarnym.

O tym jak można podjąć z wszech miar dobrą decyzję z samych niewłaściwych powodów…

Moja codzienna trasa dom-praca.
Moja codzienna trasa dom-praca.
Kilka tygodni temu pisałam o tym, jak to wreszcie postanowiłam przestać pałętać się między górami a nizinami i osiąść w Zakopanem. Dwa dni po opublikowaniu tekstu ironia losu po raz kolejny uśmiechnęła się do mnie szeroko i perliście. Dostałam propozycję z gatunku „nie do odrzucenia”. W Warszawie.

Nie, wbrew domniemaniom mojego ortopedy nie chodziło o oświadczyny (w odrzucaniu tego rodzaju propozycji mam już zresztą pewne doświadczenie) ale o awans. Bardzo intratny i prestiżowy. Z pakietem świadczeń i gwarancją zacnych wpływów na konto co miesiąc. Tyle, że za biurkiem, w stołecznej siedzibie firmy. Dostałam cztery dni na deklarację - albo się decyduję i 16 sierpnia zaczynam grzać swoją posadkę, albo po ponad 5 latach współpracy ja i moja szefowa mówimy sobie „do widzenia”.



Czułam się jak struty osiołek, któremu w żłobie dano - w jednym owies doprawiony cykutą, w drugim siano z nutką arszeniku. Żaden wybór nie wydawał się dobry. Przyjmując propozycję sprzedałabym duszę diabłu. Zostawiła wszystko to, dzięki czemu ostatnio chciało mi się wstawać z łóżka. Wróciłabym w miejsce, z którego tak chciałam uciec i do którego w żaden sposób nie tęsknię. Do tego praca w biurze, 8 godzin dziennie przykuta do stołka. Nie jestem zwierzęciem korporacyjnym, nigdy nie potrafiłam być uwiązana, zawsze pracowałam z wolnej stopy, a mimo to nie darzyło mi się zawalić terminu.

Ale jak miałam propozycji nie przyjąć? Bez tej pracy zostałabym bez połowy środków do życia, co biorąc pod uwagę ile już kosztowało leczenie przeklętego łokcia - trudno zbagatelizować. Nie byłoby mnie stać na mieszkanie w Zakopanem. Po dwóch, trzech miesiącach tak czy siak musiałabym wrócić do stolicy - z podkulonym ogonem i debetem na koncie. K’woli sprawiedliwości muszę też dodać, iż bardzo cenię sobie ową pracodawczynię, mnóstwo się od niej nauczyłam i zwyczajnie brakowałoby mi naszych projektów. A z drugiej strony - sama myśl o spakowaniu walizek i oddaniu klucza do podtatrzańskiego mieszkania przyprawiała mnie o mdłości.

Ponieważ kompletnie nie potrafiłam dokonać racjonalnego wyboru - wbrew swoim przyzwyczajeniom dylemat zaczęłam omawiać ze znajomymi. Od wszystkich słyszałam coś w stylu: „No to chyba oczywiste? Sama sobie odpowiadasz na pytanie, stwierdzając iż nie stać Cię na odrzucenie awansu. Dziewczyno ciesz się. Do zobaczenia na Placu Zbawiciela!”. Niestety, takie stawianie mnie przed faktem dokonanym wcale nie pomagało. Przeciwnie - pogarszało sytuację, bo już taką mam naturę, że jak ktoś mi mówi, że MUSZĘ coś zrobić - staję na głowie, by zrobić dokładnie odwrotnie. Liczyłam raczej na jakąś radę, wskazówkę, sama nie wiem na co.

Na ironię losu zakrawa fakt, iż najbardziej pomogły mi osoby, które najmniej mnie znają, nie mówiąc już o całej mojej sytuacji. Pierwsza to Maja, która powiedziała: „Nadawaj sobie wartość. Walcząc o siebie trzeba wybrać samego siebie, nie pieniądze albo prestiż”. Druga to rzeczony ortopeda (który zresztą serdecznie teraz pewnie żałuje, że się wtedy nie zamknął, bo przynajmniej miałby z głowy mnie i mój oporny na wszystko łokieć), który nie mając pojęcia o czym rozmawiamy stwierdził, że on w takich przypadkach kieruje się sercem, a potem rozumem. Inna rzecz, że jak kilku delikwentów już wcześniej stwierdziło ja serca nie mam, a biorąc pod uwagę jak irracjonalnie podchodziłam do całej sytuacji i z rozumem nie jest najlepiej… W każdym razie dzięki tej dwójce uzmysłowiłam sobie, że nie umiem być wyrachowaną karierowiczką. Wracając na Mazowsze wróciłabym do wszystkich demonów sprzed roku. A na to jeszcze nie jestem gotowa i wątpię, czy kiedykolwiek będę.

Ale co tam doradcy, ostateczną decyzję podjęłam dzięki… kozie. W niedzielę popołudniu, na kilkanaście godzin przed ostatecznym terminem decyzji, usiadłam w salonie nad kartką papieru. Po lewej - uczciwie spisana litania zalet płynących z awansu. Po prawej - kilka punktów przemawiających za odrzuceniem oferty. Po lewej - tyrady moich znajomych. Po prawej - dwa zdania nieznajomych. Rachunek wydawał się oczywisty. Zamknęłam oczy, usiłowałam zebrać myśli i wtedy słyszę… MEEEE. MEEEEEEEE. Solo. Potem w duecie. A po chwili cały chór. Pod moje okno przywędrowało stadko kóz, które z entuzjazmem godnym wygłodniałego neofity obgryzały żywopłot. Absurdalność całej sytuacji tak mnie rozbawiła, że po kilku minutach dosłownie płakałam ze śmiechu. I jak ja mam to zostawić? Zamienić meeeeczenie na szum tramwajów przejeżdżających pod oknem? Po moim trupie!
Następnego dnia rozmowa z pracodawczynią przebiegła bardzo spokojnie. Nie miałam cienia wątpliwości, postanowiłam zaryzykować. Wprawdzie idealizmem nie zapłacę rachunków ani nie ugotuję na nim zupy, ale bez niego trochę przestałabym być sobą. Wiem, że podjęłam ze wszech miar dobrą decyzję, choć z samych złych powodów. Bo nienawidzę Warszawy i boję się do niej wrócić. Bo nie wyobrażam sobie pracy w biurze od-do. Bo polubiłam siebie bez szpilek, makijażu i markowych torebek. Bo dzięki meczącym kozom i widokowi Giewontu codziennie chce mi się do siebie uśmiechnąć. Bo zdążyłam zaufać duetowi moich ulubionych rzeźników (ortopeda i chirurg) i wierzę, że w końcu wyleczymy łokieć.

A co na to moja szefowa? Zaskoczyła mnie. Najpierw tym, że przekonywała bym jeszcze przemyślała sprawę. A potem… tym, że zmieniła zdanie. Doszła do wniosku, iż po tylu latach nie chce tracić zaufanego pracownika. Że mnie nie rozumie, bo to bardzo dobra oferta, ale trudno, można ją zmodyfikować. Nie musiałam z niczego rezygnować, zatrzymałam pracę na dotychczasowych warunkach. Warto jednak czasami być irracjonalnym.
Trwa ładowanie komentarzy...