O syberyjskich szamanach, egipskiej Księdze Umarłych i podhalańskiej medycynie ludowej, czyli co mnie nie zabije...

Dziś niewiele będzie o góralskich mądrościach czy obyczajach. Bynajmniej nie dlatego, żeby nie było o czym pisać. Choć pod koniec marca minie rok odkąd przeniosłam się na Podhale, to wciąż nie ma dnia bym nie czuła się jak Bronisław Malinowski odkrywający kulturę i zwyczaje mieszkańców egzotycznych wysp. I dobrze, stagnacja jest śmiertelnie nudna. Jednak obyczaje niektórych tubylców na tyle poszły mi w pięty, że wolałabym na ich podstawie nie snuć generalizacji. Fakt, kilka razy otwierałam już laptop, żeby Wam o tym czy owym opowiedzieć, ale dobrze, że ostatecznie zatrzaskiwałam go zrezygnowana. Komu potrzebne pesymistyczne teksty mające posłużyć autorowi jako licha proteza worka treningowego?

Nie to, żebym nagle miała atak nieokiełznanego optymizmu. Wcześniej musiałabym chyba przejść lobotomię. Inspiracja przyszła skądinąd - ostatnio dość dużo czytam o metodach leczenia nieco archaicznych i zdecydowanie alternatywnych w stosunku do tego, co serwuje nam nasza kochana medycyna. Pomyślałam, że się podzielę. Może komuś to pomoże, mam nadzieję, że nikogo nie dobije. Stosowanie na własną odpowiedzialność.


Skoro poruszam ten temat to, jak nie trudno się domyśleć, z moim łokciem nie jest rewelacyjnie. Przyznaję, że po 9 i 1/2 miesiąca mam już troszkę dość. Gdybym wierzyła w reinkarnację uznałabym, że w poprzednim wcieleniu byłam Hitlerem - rana która się nie goi, staw który znów boli tak, że mam ochotę rozszarpać każdą istotę, która staje na mojej drodze, albo chociaż w pobliżu, do tego zapalenie żył po wenflonie w drugim ręku. Żyć nie umierać. Wprawdzie nieszczęsny Doktor Picasso (odpuśćmy skąd się wziął przydomek) jeszcze nie wyrzucił mnie przez okno dyżurki na V piętrze, ale myślę że zbliżamy się do tego etapu. Aby więc wyprzedzić wypadki, szukam trochę na własną rękę. Pytanie za 1000 punktów: czy znajduję?

Z największym oddaniem swoich pacjentów leczyli ponoć szamani syberyjscy. Wierzyli, że każda choroba, a zwłaszcza ta, która nie daje się przepędzić zwykłymi łzami czarownicy albo sokiem z rogu jednorożca - w rzeczywistości w równym stopniu dotyka ciała, co duszy. To demony wykradały duszę delikwenta i zabierały ją ze sobą w mroczne krainę, a ziemskie dolegliwości były ino tylko wskazówką gdzie szukać. Przy pomocy bębnów i tańca (i jak przypuszczam ze szczodrą szczyptą grzybków halucynogennych) owi bohaterscy szamani wprowadzali się więc w trans i wyruszali w zaświaty, by sprowadzić stamtąd duszę swojego pacjenta. Podobno skuteczność była niesamowita, choć nikt niestety nie wpadł na to, by prowadzić rzetelne statystyki. Zresztą na niewiele owe statystyki by się zdały - jakoś trudno mi wyobrazić sobie Doktora Picasso w transie… Raz, że on raczej z tych twardo stąpających po ziemi, a dwa… na niewiele by się to pewnie zdało. Niezależnie od tego, czy udał by się po moją duszę w zaświaty, do Florencji, czy do Koluszek, niewiele by sprowadził ze sobą, może poza niezłym winem (to z zaświatów mogłoby być naprawdę dobre!) - ja jestem już chyba beznadziejnym, bezdusznym przypadkiem.

Bardziej przemawia do mnie treść egipskiej Księgi Umarłych. W starożytnym Egipcie do grobowców wkładano papirusy. Nie z mapą zaświatów, jak początkowo myślano, ale z indeksem zaklęć. Te zaklęcia były niezbędne gagatkowi (którego współczesna medycyna nazwie denatem), by przedostać się przez piekielne czeluście i zacząć egzystować tam, gdzie nektaru i ambrozji nigdy nie brakuje (mieszam pewnie starożytnych, ale co tam - dobra ambrozja nie jest zła). Najsilniejszymi zaklęciami były imiona największych potworów z którymi trzeba było się zmierzyć „po tamtej stronie”. Bestia pokorniała tylko zawołana po imieniu, tylko znając jej imię waleczny denat-gagatek mógł bestii rozkazywać. Jak to się ma do mojej przewlekłej przypadłości? W końcu jeszcze nikt nie biegnie, by mnie balsamować (choć jeśli policzymy łączną długość bandaży zużytych na moją rękę przez ostatnie miesiące - spokojnie wystarczy tego na 3 czy 4 całkiem eleganckie mumie). Przemawiają do mnie te imiona potworów - że trzeba je znać, by móc rozkazać bestii. Żeby wyleczyć mój łokieć, dobrze byłoby znać nazwę przypadłości. Jednym słowem - diagnozę. Niestety, tego papirusu jeszcze nikt mi nie wręczył. Cóż, nie każdemu pisana ambrozja.

Z kolei MM, czyli specjalistka od neurologicznej zgodności i kolekcjonowania mikropozytywności z którą mam ostatnio okazję pracować, patrząc na mnie jakby miała rentgen, tomograf i rezonans w oczach, stwierdziła, że podstawowa przeszkoda w wyleczeniu mojego łokcia jest jedna: ja sama. Najnowsze badania z dziedziny inteligencji emocjonalnej dowodzą, iż miłość (rozumiana całkiem inaczej, niż motylki w brzuchu i banalne „i żyli długo i szczęśliwie na wieki wieków amen”, ale o tym innym razem) i każdy kolekcjonowany moment mikropozytywności wzmacniają nasz organizm oraz system autoimmunologiczni. Ludzie, którzy w większości sytuacji potrafią znaleźć coś pozytywnego, którzy się nie zamartwiają i nie noszą w sobie lęku są zdrowsi, żyją dłużej i lepiej wiedzą, czego chcą. MM zadała mi więc ćwiczenie, dzięki któremu łokieć szybciej zacznie się regenerować - mam wizualizować jego wyleczenie. Od niemal 2 tygodni praktykuję to 2 razy dziennie, z efektem… zerowym. Nic na to nie poradzę - mam plastyczną wyobraźnię, więc wiele jestem w stanie zobaczyć, ale co z tego, jeśli kompletnie w to nie wierzę? Tzn - nie w to, czy neuronauka ma sens, wiem przecież że odrobina pozytywności względem samej siebie z pewnością nie zaszkodzi. Ale w pewien dziwny sposób, którego jeszcze nie przeanalizowałam, nie dowierzam, że akurat ja zasługuję na to, by neurologia zadziałała…

Są jeszcze oczywiście metody naturalne i medycyna ludowa. Mój szef zasugerował, żebym puszczała łokciowi Chopina. Doktor Picasso namawia, żebym z dziurawą ręką rozmawiała (nawet rozważałam, czy nie czytać jej Mickiewicza, albo Eliota). Benek z Teatru Witkacego polecał glinkę z Doliny Lejowej, zebraną w jakiś konkretny sposób, ale niestety nie pamiętam w jaki. Ania radzi czerwoną wstążeczkę, bo to już zakrawa na urok. Natalka przyniosła mi specyfik, który warzył jaj kolega z iście znachorskimi metodami - na bazie żywicy spod kory świerku, zebranej w konkretnym czasie i tylko tam, gdzie kornik zranił drzewo. Stosowałam przez tydzień, ale kiedy ból z pieczenia, do którego można się przecież przyzwyczaić, zmienił się w ogień piekielny połączony z świdrującym odczuciem jakby ktoś mnie dźgał rozgrzanym do czerwoności pogrzebaczem - zrezygnowałam. Doktor Picasso przepisał mi wtedy miód Manuka, a kiedy i ten nie działał - balsam Szostakowskiego, a Natalka przewiduje wysłać mnie do podhalańskiego szamana. Ciekawe, czy będą grzybki halucynogenne?

Podobno do wszystkiego w życiu można się przyzwyczaić. Powiem Wam, że z bólem jest trudno. Pewnie, prędzej sczeznę, niż się położę i zacznę kwilić. Normalnie pracuję, biegam z psem, przynoszę 10 kg siaty z zakupami, ostatnio nawet próbowałam wybrać się na rower (co nie było najlepszym pomysłem). Ale jednocześnie z niczego nie mam frajdy na 100%, bo zwyczajnie nie ma takiego momentu, kiedy by mnie nie bolało. I co z tym zrobić? Nie wiem, chyba uwierzyć, że w końcu zrozumiemy, co się tam dzieje i łokieć się wyleczy. Oby prędzej niż później.
Trwa ładowanie komentarzy...